Romans

Światło, które utraciliśmy – Jill Santopolo

Lucy i Gabe poznali się 11.09.2001. Tego tragicznego dnia dla USA i całego świata. I to spotkanie było kluczowe dla ich życia.

Może to była miłość od pierwszego wejrzenia. Ale to była miłość na całe życie. Dla nich…

Tu mogła być opowieść o tym, jak płakałam nad książką przez 90% czasu. Ale płakałam na sam koniec. I to nie dlatego, że jestem bezduszną.

A tylko dlatego, że ich miłość jest dla mnie niezdrowa i bezsensowna. Ludzie, którzy naprawdę kochają i cenią są w stanie rozmawiać o wspólnej przyszłości i dojść do kompromisu.

Wiedziałam, że to się kiedyś wydarzy, ale nigdy nie wyobrażałam sobie, jak to się stanie. To było jak koszmar. Jakby moje serce było zrobione z dmuchanego szkła, które ktoś rzucił na podłogę, rozbijając na milion kawałków, a potem deptał odłamki obcasami.

Przede wszystkim szkoda mi męża Lucy. Tak bardzo ją kochał, cenił i robił dla niej wszystko, co mógł. A ona czekała na każdą pieprzoną wiadomość od Gabe`a.

Ale w tę historię wierzę. Bo kobiety są głupie. Nie wszystkie, ale są. A przyzwoici mężczyźni nie mogą zdobyć uwagi i miłości takich Lucy.

A poza miłością tu są bardzo fajnie opisana relacja z Lucy z jej bliskimi. Z bratem, przyjaciółmi, dziećmi.

Tak naprawdę bardziej uwierzyłam w miłość brata do siostry. Na podstawie tego jak nią się opiekował, jak się zachowywał wobec Lucy.

No i też relację między bratem a jego żoną też są o wiele zdrowsze i bardziej racjonalne. Niż miłość dwóch egoistów Lucy i Gabe’a.

Czy warto czytać? Tak, jeśli lubisz „Zanim się pojawiłeś”, na przykład. Dobra i mimo wszystko lekka książka.