Powieść

Hańba – John Maxwell Coetzee

Laureat Bookera na trójeczkę.

Jestem oczywiście zwolennikiem zasady «zrób najpierw na 3, ale zacznij». Ale uważam, że nie powinno się wręczać Bookera za to, że człowiek się postarał.

Tak, moje opinie są bardzo subiektywne. I raczej nie pochwalę książki, która ma tak amorficznego bohatera. Wygląda na to, że Pan David Lury leży w rzece, płynie z prądem i patrzy na chmury. Potem coś go przeraża, naprzykład szelest w krzakach, grzmot lub coś innego, trochę się trzęsie, opiera się i znowu leży na plecach.

Ale w przeciwieństwie do ojca ameby, córka ma cel, motywację i zdecydowanie podąża za nim. Kiedy David poddaje się namiętności i popada w skrajności Lucy niezłomnie i wyważono podejmuje decyzje zachowując zimną krew. I nawet nie zgadzam się z nimi, ale jestem w stanie to zrozumieć i zaakceptować.

Myślę, że jedynym momentem, kiedy choć trochę podobał mi się David, była jego obrona Lucy. Nie pytaj, czy jej potrzebuje. Ale to, że zrobił wszystko, by bronić interesów córki, wzbudza trochę szacunku.

Tak, oczywiście, mężczyzna, ojciec musiał zrobić wszystko, co od niego zależy, aby pomóc zgwałconej córce. W tym zabrać ją do lekarza, na policję. Niech do Kapsztadu, aby zabrać ją z małego miasteczka. Ale musiał zaproponować jej takie rozwiązanie. Nie wieźć ją na siłę, ale dać jej więcej możliwości rozwiązania problemu, a nie kiwnąć głową i zgodzić się od razu na jej warunki.

Tak samo było ze studentką Melanie. Trzeba było dać jej wybór. Wiedzieć na 100%, czy chce z nim sypiać, czy naprawdę przyszła do niego z rozpaczy.

Niestety Lucy musiała zapłacić za grzechy ojca. A tytuł, moim zdaniem, nie dotyczy hańby, którą poznali Lucy czy Melanie. Chodzi o samego Davida Luriego, jego istotę i całe jego życie.